Poseł na Sejm RP biegający ze sztucznym penisem i ku uciesze gawiedzi
rozgrywający "rasowych polityków", tych z XIX wieku, zupełnie nie
potrafiących poradzić sobie z jego atakami; premier sięgający po siekierę,
aby odcinać przyrodzenie zboczeńców, chyba już wiedzą, co w świecie
postpolityki będzie ważne: emocje w miejsce programów, wizerunek
przykrywający idee. A przede wszystkim to, co najważniejsze: dobre narracje.
Bo postpolityką rządzą dobre opowieści. Nie idee, program, wielkie projekty,
ambitne cele. Przestały być ważne partie, ba, nawet parlamenty. A wielkie
media nie mają już mocy narzucania swych interpretacji wydarzeń.
Poseł, minister, premier, prezydent czy marszałek, to jeszcze niedawno były
najważniejsze w kraju figury. Poruszające się w autach na sygnałach.
Głoszące orędzia zmieniające życie wszystkich. Zakres ich władzy budził
strach. Mogli wypowiadać wojny, zmieniać kurs złotówki, ratować lub niszczyć
stocznię albo życie pojedynczego piekarza wspierającego nie dość rozważnie
dom dziecka, dookreślić czym jest małżeństwo. Do polityki często garnęli się
ludzie, którzy korzystając z jej mechanizmów chcieli realizować idee:
zmieniać kraj, reformować gospodarkę, życie społeczne, proponować ważne
strategie. Dziś w rozmowach coraz częściej przyznają: nic tu po nich.
To, że nie od polityków zależy dziś rzeczywistość, dociera do nich coraz
silniej. Minister obrony może co najwyżej zrobić sobie zdjęcie z żołnierzami
polskimi w Czadzie a wracając do kraju szukać odpowiedzi: "a po co my tam".
Minister infrastruktury może budować autostrady, ale pod warunkiem, że
zostaną one wpisane w siatkę połączeń transeuropejskich - z zachodu na
wschód. Autostrady w innych kierunkach Bruksela uznaje za nieuzasadnione.
Większość decyzji gospodarczych, społecznych czy obronnych - a więc to, co
było jeszcze niedawno "jestestwem" polityki - zostało scedowane na organizmy
multinarodowe: NATO, Komisję Europejską, Unię Europejską.
Przy okazji okazało się, że problemy nierozwiązywalne przez dziesięciolecia,
jak choćby rozpasanie monopolisty telefonicznego drenującego do maksimum
kieszenie rodaków cenami połączeń i SMSów i jeśli już inwestującym w
cokolwiek, to w skuteczny parlamentarny lobbying, znikają niczym za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Komisja Europejska każe obniżyć ceny
połączeń telefonicznych, SMSów i roamingu, Polacy będą płacić więc mniej za
rozmowy. Cud!
Tak, można to jeszcze sprzedawać jako cud, ale wpływu na zaistnienie
kolejnych cudów polscy politycy - niezależnie z PO, PSL, PIS, SLD czy
"następnej partii" - będą mieć coraz mniej. Mogą co najwyżej mniej lub
bardziej sprawnie zarządzać.
W postpolityce koniec z wielkimi manewrami, ideowymi sporami, rywalizacją
wielkich pomysłów i ambitnych, porywających projektów. Nie będzie kolejnego
Portu w Gdyni, Centralnego Okręgu Przemysłowego, czy Kopca Niepodległości.
Nikt nie jest na tyle szalony, aby wystąpić z ideą utworzenia megametropolii
Wrocław-Kraków-Katowice czy wybudowania centrum biotechnologicznego,
polskiej Krzemowej Doliny. Żaden polityk nie wychodzi na mównicę z takim
projektem, bo po pierwsze nie będzie usłyszany, po drugie - zrozumiany, po
trzecie wreszcie z parlamentu dawno już zniknęły najważniejsze dyskusje. Na
początek przeniosły się do stacji transmitujących "całą prawdę całą dobę", a
następnie zniknęły w ogóle. Sejm - jeśli porównamy I i VI kadencję -
zamilknął, nie ma tam dyskusji, debaty. Parlament przestał sprawdzać się
nawet jako ostoja politycznej poprawności. Nie tylko w Polsce, nawet na
Wyspach Brytyjskich.
Ofiarą postpolityki stały się też partie. Ponad 50 proc. Polaków nie
utożsamia się z żadną. Podobne wyniki nadchodzą z innych krajów. Ostatnia
funkcja partii to kadrowa rezerwa, armia postulantów do ministerialnych
funkcji. Ale i ta funkcja się kończy. Komórka sekretarza
generalnego-wicepremiera z pamięcią 250 numerów telefonów w zupełności
wystarczy. Cóż to zresztą za partie, w porównaniu z gigantami jeszcze
niedawno liczącymi po kilkaset tysięcy członków, które "rozprowadzały"
europejską politykę. Nawet kandydaci w wyborach prezydenckich starają się
być coraz dalej od "partyjnego betonu". Bardzo źle wygląda on bowiem na
zdjęciach. Profesor Serge Guerin twierdzi wręcz: "Partie nie niosą już
wielkich zmian". Co gorsza, najczęściej też łapią wirusy najgorszych praktyk
styku polityki i biznesu, generują złe społeczne praktyki.
Gubią się w postpolityce partie, gubią się mądre głowy. Co jest dziś lewicą
a co prawicą? Co partią liberalną a co konserwatywną? Partia lewicowa na
swoich sztandarach umieszcza Ojczyznę a nawet Boga, chowa czerwone flagi w
to miejsce wywieszając narodowe, zaś prawica mówi o wartości pracy i
społecznej wrażliwości. Pochowały się partie radykalne. A jeśli tak, jeśli
wszystkie partie głoszą z grubsza to samo, mają podobny program i tożsame
idee, to co właściwie w polityce jest ważne? Różnice są takie jak między
Coca-Colą a Pepsi? A więc wizerunek, ułuda, miraż? I jeśli już, to
konieczność wykończenia jednej firmy przez drugą?
Nie odpowiedzą na to pytanie media, w postpolityce bowiem te tradycyjne już
schodzą z placu boju. Niegdyś jeden artykuł we wiodącej "papierowej" gazecie
mógł zmienić losy kraju. Niczym "J'accuse" Emila Zoli czy "Wasz prezydent,
nasz premier" Adama Michnika. Dziś coraz więcej wysiłku trzeba włożyć w
wykreowanie politycznej "linii przekazu dnia" czyli tego, o czym się mówi a
co się przemilcza. A źródłem tak "przekazu dnia" jak i wiodącej opinii mogą
stać się Kataryna, Maria-Dora, Jacek Jarecki czy Free Your Mind, wyrastający
na kultowych blogerów polskiej cyberprzestrzeni. Komunikacja staje się
rozproszona, zaś badania D-Link Technology Trend wskazują: internauci wyżej
oceniają treści serwowane im przez innych użytkowników sieci, niż
profesjonalnych dziennikarzy. Obie grupy mając podobny zasób informacji,
dostęp do podobnych źródeł, podejmują rywalizację. Swoją drogą już dziś
współczuję przegranym.
Współczuć należy też socjologom, politologom, wielkim publicystom, magom
zbiorowej wyobraźni. W postpolityce "pośrednicy informacji" są coraz mniej
potrzebni, coraz mniej w oglądzie sceny publicznej mogą narzucić,
zablokować, zredefiniować narzucając swój odbiór wydarzeń. Stracili zdolność
mobilizowania ludzi. Komunikacja przeskakuje nad nimi, niczym iskra w
samochodowym zapłonie. Jeśli tylko jest dobrze przyrządzona - potrafi ich
ominąć.
Funkcjonowanie w postpolityce to dla polityków przede wszystkim konieczność
uczenia się wciąż od nowa. To koniec tego, co znają, w czym przez lata czuli
się przez lata jak ryby w wodzie.
Jacques Attali w fenomenalnej "Krótkiej historii przyszłości", obliczył, że
ilość dostępnej wiedzy już dziś podwaja się co dwa lata, a w 2030 r. będzie
się podwajać co siedemdziesiąt dwa dni. Czas niezbędny, by pozostawać na
bieżąco, uczyć się, stawać się i trwale być "zatrudnialnym", a w przypadku
polityków "wybieralnym", będzie się zwiększać w tych samych proporcjach. To,
co było aktualne jeszcze dwa, trzy lata temu, szybko staje się historią.
Popatrzmy co się dzieje obok. Ludzie biegną coraz szybciej, mówią coraz
szybciej, coraz mniej mają czasu. Inaczej przyswajają informacje, które
zalewają ich ze wszystkich stron (nazywam to już molestowaniem medialnym).
Inaczej dokonują selekcji informacji, inaczej podejmują decyzje. Dla
zatrzymania uwagi odbiorcy nikt już nie buduje wizerunku produktu ani marki.
Do przeszłości odchodzi nawet logo. To nie ono sprawia, że wybieramy jakiś
produkt. Barbara Stern w Journal of the Academy of Marketing Science pisze:
"Jeżeli jeden produkt jest identyczny jak inne, niewielka jest szansa, aby
właśnie nasz produkt został wybrany. Albo - i to jest rozwiązanie niemądre -
obniżamy cenę. Albo zwiększamy wartość produktu tworząc i opowiadając jego
historię".
Podobny wybór mają politycy. Jedni obniżają loty wymachując plastikowym
penisem i wyzywając wszystkich od chamów lub od zdrajców. Często dopiero się
uczą. Inni muszą opowiedzieć swoją historię w sposób, który po pierwsze
będzie zrozumiały dla szerokiej publiki; po drugie zaciekawi ich; po trzecie
wreszcie zafascynuje do tego stopnia, że zasłyszaną opowieść natychmiast
będą chcieli - ba, musieli - przekazać innym. Choćby w windzie, w
trzydzieści sekund. "Jeśli polityk potrafi poruszyć emocje i wsparcie dla
swoich idei w trzydzieści sekund, odniesie sukces" - powtarza jeden z
bardziej znanych francuskich story spinnersów tworzących takie opowieści.
Tak jak "Boeing 747", konstrukcja kolegi z Europejskiego Stowarzyszenia
Konsultantów Politycznych, który zaproponował ją liderowi jednego z krajów
Azji. "747" w której 7 - kraj pod nowym liderem stanie się siódmym krajem
świata, 4 - do 40.000 dolarów wzrośnie PKB na mieszkańca, wreszcie ostatnia
cyfra - 7, o minimum 7 proc. wzrost gospodarczy kraju. Rozbudzono emocje,
uruchomiono pasję zmian bez konieczności długich referatów bądź używania
"pośredników informacji". Nowoczesny "747" nadleciał nad kraj. I wygrał
wybory. Jeśli lider pokaże pazury, charyzmę, pójdzie pod prąd, może teraz
zmieniać swój kraj.
W postpolityce o tym, że jest na stanowisku i rządzi nasz bohater
przekonywać musi każdego dnia. Co ranek pojawia się więc nowa opowieść z
jego życia umilając proces budzenia się ludzi. Nie znudzi się, ludzie bowiem
uwielbiają dobre opowieści. Jeśli tylko są dobrze prowadzone a narracja nie
odda pola sprawnej kontrnarracji. "Jesteśmy tutaj na pięć lat, aby napisać z
Francuzami tę historię" - powiedział niedawno jeden ze story spinnersów
Sarkozyego. O to samo walczą dziś - o możliwość pisania z Amerykanami
wspólnej historii - Obama z McCainem. Filozof Gilles Lipovetsky zauważa, że
władza i spektakl zbliżały się od dawna: od Ludwika XIV i Wersalu, aż po
kino Hollywood i pierwszego wywodzącego się stamtąd prezydenta. I nic tu
nowego.
Jeśli politycy chcą przeżyć - nie mają dziś wyjścia. To co im pozostaje to
sprawne opowiadanie swojej historii: o cudach, ciasteczkowych potworach,
strasznych laptopach albo jeszcze groźniejszych gejach i Niemcach. Groźnych
pedofilach, strasznej mafii stadionowej.Przegrają, jeśli nie znajdą swej
historii i z pasją jej nie opowiedzą. Jeśli nie zrozumieją o czym mówi
najmądrzejszy ze współczesnych filozofów, Peter Sloterdijk, postrzegający
zadania polityków jako wprowadzenie społeczeństwa w stan mniej lub bardziej
zsynchronizowanej halucynacji. Jeśli politycy mają jeszcze resztkę nadziei,
jeśli nie zapomnieli po co wchodzili do polityki, muszą się tego nauczyć.
Albo zginą.
Witajcie w postpolityce.
Eryk Mistewicz, konsultant polityczny, autor strategii marketingu narracyjnego